Odkąd pamiętam, ciekawiło mnie harcerskie życie. Mój tata był harcerzem, a mama zuchenką, więc w pewnym sensie można powiedzieć, że harcerstwo przekazali mi w genach. Mimo to jestem jedną z tych osób, które wyobrażali sobie harcerzy z przepaską przez ramie, z masą sprawności i sprzedający ciasteczka. Można powiedzieć, że do harcerstwa trafiłam przez przypadek, raczej głośno nie mówiłam na temat, że chciałabym dołączyć do jakieś drużyny, a w Grudziądzu nigdy nie zwróciłam uwagi, żeby harcerze byli, więc moim zdaniem ich nie było — koniec.

Moja wiedza na temat harcerstwa zmieniła się, kiedy mój przyjaciel dołączył do drużyny harcerskiej, działającej w szkole, w której się uczył. Po swoim przyrzeczeniu „zaciągnął” też mnie. Można powiedzieć, że harcerstwo jest moją miłością od pierwszego wejrzenia, a raczej od pierwszej zbiórki. Fascynowało mnie wszystko, ogromnie żałowałam, że na pierwszą zbiórkę przyszłam chwilę przed końcem roku harcerskiego i teraz czekają mnie dwa miesiące bez „harcowania”. Dla wielu to już byłby koniec, ale nie dla mnie. Cierpliwie doczekałam do września i wtedy moja przygoda rozpoczęła się na dobre.

W drugiej połowie września 2014 roku w szkole, w której działała drużyna harcerska, do której wtedy należałam, zaczęła powstawać gromada zuchowa. Zaangażowałam się w życie gromady od pierwszej zbiórki. Nie liczyłam na żadną funkcję, po prostu sprawiało mi to radość i uwielbiałam pojawiać się na tych zbiórkach. W lutym 2015 roku zostałam przyboczną w tej gromadzie. Wtedy nie obchodził mnie mój krótki staż harcerski, poczułam się doceniona i ważna. Chciałam jak najlepiej pełnić nowo powierzoną funkcję. Jednak po krótkim czasie zorientowałam się, że chce dążyć do czegoś więcej, że harcerstwo daje mi większe możliwości. Zaczęłam marzyć o tym, żeby zostać drużynową. Oczywiście jak każdy miałam swoje lepsze i gorsze momenty, jednak po dwóch latach noszenia na ramieniu zielonego sznura, w końcu się stało — zostałam drużynową. Kiedy usłyszałam słowa rozkazu, w moich oczach stanęły łzy, były one ze mną także w momencie, kiedy na moim mundurze pojawiał się granatowy sznur, a w tle leciała piosenka „Dostałeś dziś sznur granatowy…”

Uważam, że bycie drużynową, to jedna z najlepszych rzeczy, jaka mnie w życiu spotkała. Nie zamieniłabym tych dwóch lat, kiedy byłam wodzem zuchowym na nic innego. To właśnie podczas pełnienia funkcji drużynowej otworzyłam i zamknęłam próbę instruktorską, to dzięki pracy z dziećmi nauczyłam się tak planować zbiórki, aby móc przekazać jak najwięcej swoim podopiecznym, zapewniając im jednocześnie niezapomniane chwile, to z granatowym sznurem na ramieniu wypowiedziałam słowa zobowiązania instruktorskiego.

Niestety po dwóch latach, w związku z moją sytuacją życiową musiałam oddać gromadę. I wtedy w mojej głowie zrodziło się wiele pytań: „Co teraz?” „Czy to mój harcerski koniec?” „Czy znajdę dla siebie jakieś pole służby?” Wiedziałam, że nie chcę kończyć z harcerstwem, było i jest zbyt ważną częścią mojego życia, żeby się odciąć. Poza tym byłam krótko po zobowiązaniu instruktorskim, które stało się dla mnie zupełnie nowym kopniakiem pozytywnej energii. Nie musiałam, ja chciałam znaleźć sobie jakieś pole służby, jednak nie widziałam dla siebie harcerskiej przyszłości poza byciem drużynową.

Dostałam kilka propozycji założenia lub przejęcia gromady zuchowej, jednak wtedy nie byłam gotowa, na coś nowego. Cały czas działałam w Hufcowym Zespole Komunikacji i Promocji i to na tym się skupiłam. Mimo że należę do osób, którym jak poświęci się jakieś zadanie, to staram się je wykonać na 100%, zauważyłam, że nie dawałam z siebie wszystkiego w zespole. Zaczęłam dostrzegać swoje własne błędy na przykład w napisanych przeze mnie artykułach, czy zaniedbanie w relacjach na Instagramie. Nie wynikało to z mojej samokrytyki, ale właśnie z tego, że wcześniej nie dawałam z siebie tyle, ile naprawdę mogłam, a kiedy zaczęłam wkładać, w to, co robię więcej serca, żałowałam, że nie miałam zmieniacza czasu i nie cofnęłam się czasie.

Działalność w zespole obrałam za swoje główne pole służby i jeśli chodzi o moje harcerskie życie, stawiam je na pierwszym miejscu. Nie mam jednak klapek na oczach i w harcerstwie nie zajmuję się tylko komunikacją i promocją. Zawsze staram się podać pomocną dłoń, na przykład podczas organizacji przyrzeczenia harcerskiego, czy jako opiekun na biwaku. Staram się aktywnie uczestniczyć w wydarzeniach hufcowych i zdecydowanie można powiedzieć, że jestem na większości z nich, z czego ogromnie się cieszę. Jestem również członkinią Hufcowej Komisji Rewizyjnej. Moje nazwisko widnieje na liście potencjalnych opiekunów próby wędrowniczej czy na stopień Harcerza Orlego/Harcerki Orlej. Można więc powiedzieć, że realizuję się jako instruktorka, jako wędrowniczka a przede wszystkim jako harcerka.

Kiedy zaczęłam się nad tym zastanawiać? Po ostatnim zimowisku hufca, na który początkowo chciałam pojechać jako uczestnik, nie miałam w planach, większego zaangażowania. Chciałam po prostu spędzić weekend w harcerskiej atmosferze, między innymi dlatego, że odkąd nie należę do żadnej drużyny, brakuje mi typowo harcerskich zwyczajów. Jednak na planach się skończyło, zostałam poproszona o bycie opiekunem dla drużyny, której wcześniej byłam opiekunem na nocce i strasznie ich polubiłam. Nie mogłam odmówić. Więc miałam pojechać jako opiekun, też fajnie. Oglądając harmonogram biwaku, zauważyłam, że nie ma zbyt dużo chętnych do poprowadzenia zajęć dla zuchów. Pomyślałam sobie, że mogę poczuć namiastkę dawnego drużynowania, wybrałam zajęcia, których tematyka najbardziej mi odpowiadała i wpisałam się jako chętna. Ze względu na konieczność podzielenia jednej grupy starszoharcerskiej i wędrowniczej na pół, przygotowałam dla nich paragrafówkę, a ze względu na chorobę jednej osoby z komendy zostałam poproszona o bycie oboźną. Zgodziłam się bez wahania, mimo że oboźna nigdy wcześniej na żadnym biwaku nie byłam. I tak od planów bycia uczestnikiem wylądowałam w zastępstwie w komendzie biwaku. 

Z tego miejsca chciałabym serdecznie podziękować wszystkim, którzy stanęli na mojej harcerskiej ścieżce. Każdy lub każda z Was ukształtowało we mnie taką instruktorkę, wędrowniczkę, a przede wszystkim harcerkę, jaką dziś jestem i jaką mnie znacie. A odpowiadając na pytanie „Co teraz?”, jeśli znalazłeś lub znalazłaś się dokładnie w tym miejscu, w którym ja w maju zeszłego roku, chciałabym tylko powiedzieć, że właśnie zaczyna się kolejny etap twojej pięknej harcerskiej przygody. Nie pozwól sobie go zmarnować, znajdź swoje pole służby, w hufcu jest ich naprawdę sporo, u mnie okazał się to Zespół Komunikacji i Promocji, a co to będzie u Ciebie? Nie czekaj ani chwilę, bo uwierz mi, że na drużynowaniu harcerstwo się nie kończy i jeśli naprawdę chcesz, znajdziesz tu coś dla siebie!

pwd. Maja Kruczkowska